Po zakończeniu pobytu w Pradze, który opisałem w poprzednim wpisie ruszyliśmy w kierunku Wiednia i Bratysławy. Opiszę te dwa miasta w jednym wpisie, gdyż w stolicy Słowacji spędziliśmy zaledwie kilka godzin, więc mam za mało wspomnień by starczyło na oddzielny artykuł. Wyjeżdżając z Pragi chcieliśmy zaoszczędzić jeden dzień, który później spędzilibyśmy w Budapeszcie. Z tego właśnie powodu zdecydowaliśmy się nie spać w Bratysławie, lecz tylko pobyć na miejscu przez kilka godzin i ruszyć w stronę Wiednia. Tak też uczyniliśmy.

Celem zwiedzania w stolicy Słowacji były przede wszystkim zamki, Królewski w centrum miasta oraz Zamek Devin, w niedalekich okolicach. Co prawda Wikipedia wspominała nam też o nowym i starym moście, ale po przyjrzeniu się zdjęciom doszliśmy do wniosku, że szkoda na nie czasu. O dziwo o Starym Mieście Wiki nie wspominała, więc ten punkt programu także nam odpadł.

Nowy Most w Bratysławie

Nowy Most w Bratysławie

Gdy dojechaliśmy do Bratysławy od razu skierowaliśmy się w stronę Zamku. Wdrapaliśmy się na wzgórze i zobaczyliśmy, że cały gmach jest teraz w remoncie, więc nawet o wejściu na dziedziniec mogliśmy zapomnieć. Przeszliśmy więc wokół zamku, zrobiliśmy kilka zdjęć (w tym zdjęcie Nowego Mostu – obok) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na szczęście udało nam się znaleźć coś wartego zobaczenia, a mianowicie bardzo zadbany park znajdujący się na tyłach Pałacu Prezydenckiego. Po kilkunastu minutach spędzonych na jednej z tamtejszych ławeczek wróciliśmy do samochodu by ruszyć w stronę Zamku Devin.

Trasa do ruin zamku zajęła nam nieco ponad godzinę, więc gdy dojechaliśmy na miejsce było około szesnastej. Niestety, o godzinę za późno, byśmy zdążyli na godziny otwarcia. Kolejny raz zatem musieliśmy się obejść smakiem. Zrobiliśmy zatem kółko wokół wzgórza zamkowego poprowadzonymi tam ścieżkami rowerowymi i chodnikami wróciliśmy na parking. Przy okazji zrobiliśmy kilka zdjęć przepływającej obok Morawy. Przy okazji daliśmy się, a raczej ja dałem się, pogryźć olbrzymiej liczbie komarów. Marcina jakoś nie chciały gryźć. Po rundce wokół zamku nadeszła pora pożegnania ze Słowacją, ale tylko na chwilę. Zamek Devin z zewnątrz tak nam się spodobał, że zdecydowaliśmy tu wrócić w drodze z Wiednia do Budapesztu. To zupełnie nie po drodze, ale stwierdziliśmy, że warto.

Podróż do Wiednia sprawił nam niemałe problemy, ale nie dlatego, że nie mogliśmy znaleźć drogi. Brakowało nam po prostu koncepcji noclegu. Mapa GPS, którą mieliśmy ograniczała Wiedeń jedynie do największych ulic, więc nie byliśmy w stanie odnaleźć żadnego z kempingów znajdujących się w mieście. Chcąc zatem  zaoszczędzić stwierdziliśmy, że zanocujemy w jednej z podwiedeńskich miejscowości, a następnego dnia samochodem dojedziemy na miejsce. Po przejechaniu kilku z nich i pukaniu do wielu drzwi mieliśmy już dość słuchania opowieści o tym, że nie mamy co liczyć na znalezienie wolnego pokoju. Także i ceny, które oferowały owe hotele były dalekie od tego, na co mogliśmy sobie pozwolić. Nie pozostało nam zatem nic innego, prócz trasy do Wiednia i szukania w środku nocy kempingu, którego lokalizację znaliśmy w przybliżeniu do kilkunastu kilometrów (tyle miała ulica, przy której stał). O dziwo po drodze tylko dwukrotnie musieliśmy zawracać (z czego raz na zjeździe z autostrady… gdyby nie GPS nie wpadłbym na to, że by zawrócić należy czterokrotnie wjechać i zjechać ślimakiem). Na kempingu zameldowaliśmy się mniej więcej o pierwszej w nocy, choć trudno tu mówić o meldowaniu, bo cała załoga dawno już pewnie spała. Rozbiliśmy zatem namiot i przystąpiliśmy do konsumpcji piwa, które kupiliśmy w Bratysławie.

Noc na kempingu nie należała do najspokojniejszych, bo kemping miał dość specyficzne położenie. Z jednej strony była autostrada, z drugiej zaś sporych rozmiarów węzeł kolejowy. Na szczęście lotnisko było dość daleko, więc przynajmniej samoloty nie hałasowały. Jest jednak i dobra strona takiego położenia. Nie byczyliśmy się do południa, tylko wstaliśmy dość wcześnie i ruszyliśmy na miasto. W końcu w Wiedniu mieliśmy tylko jeden dzień na zwiedzanie.

Pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć do metra. Co ciekawe kierowca nie chciał od nas pieniędzy za przejazd, a nikt z pozostałych podróżnych nie kasował żadnego biletu. Wyglądało zatem na to, że autobus był darmowy. Miła to odmiana, bo w poprzednich miastach komunikacja miejska była bardzo droga. Wiedeń to jednak nie Eldorado, więc za przejazdy metrem już musieliśmy płacić. Podobnie jak w innych miastach także i tu nie było zniżki studenckiej, ale bilet dzienny był w naszym zasięgu. Nie mieliśmy czasu na chodzenie po mieście, więc bez wahania wydaliśmy 5€ i ruszyliśmy na Prater.

Jako, że zarówno ja, jak i Marcin w przeszłości widzieliśmy Prater dość dokładnie skupiliśmy się bardzie na zwiedzaniu parku, w którym jest wesołe miasteczko, niż samego wesołego miasteczka. Znów, podobnie jak w Berlinie, starałem się znaleźć ciekawostki, które różniłyby wiedeński park od tego, co można znaleźć w Polsce. Niestety tym razem nie udało mi się znaleźć tam wiele różnic. Jedyne co mnie zainteresowało to rozstawione co i rusz źródełka z wodą pitną, z których często uzupełnialiśmy nasze butelki. Wspomniane źródełka miały jeszcze jedną cudowną w trakcie panującego upału funkcję. Można było zrobić mgiełkę z zimnej wody, w której bardzo przyjemnie się stało.

Stadion Ernsta Happela

Stadion Ernsta Happela

To tyle, jeśli chodzi o pozytywy, dużo gorzej było, gdy zobaczyłem Stadion Ernsta Happela. Budowla, która bardzo ładnie wyglądała na zdjęciach w internecie z bliska niczym nie zachwycała. Dziwię się nawet, że na taki obiekt Austriacy przygotowali na Mistrzostwa Europy w 2008 roku. Pomalowana na blado-zielono blacha falista i kwadratowe budynki stadionowe to zdecydowanie nie to, czego się spodziewałem. Jestem przekonany, że Stadion Narodowy, który mają postawić w Warszawie, czy Baltic Arena z Gdańska będą dużo bardziej interesujące. Na miniaturce obok jest najładniejsza perspektywa stadionu jaką udało nam się uchwycić. Okropna zielona blacha falista jest prawie niewidoczna.

Nasz następny przystanek to Pałac Schonbrunn. Nieprzespana noc dała mi się nieco we znaki, bo w trakcie podróży zdrzemnąłem się parę minut. Dobrze, że budziłem się co stację, przynajmniej mogliśmy wysiąść tam gdzie trzeba. W końcu moje zaufanie do orientacji przestrzennej Marcina było bardzo ograniczone. Gdy dotarliśmy na miejsce uderzyła nas fala gorąca. Żar lał się z nieba, ale ten dyskomfort z nawiązką rekompensowały nam widoki, które roztaczały się przed naszymi oczyma. Co prawda Pałac widziałem już kilka lat temu, ale nie żałowałem czasu spędzonego na lawirowaniu wśród wszechobecnych alejek i ścieżek. Oczywiście jak to mam w zwyczaju często robiłem przystanki, by odpocząć na jednej z ławeczek, więc pobyt w parku przez Pałacem zajął nam dobrych kilka godzin. Gdyby jeszcze nie ten żar płynący z nieba z pewnością zostalibyśmy tam jeszcze dłużej.

Kościół św. Karola Boromeusza (Karlskirche)

Kościół św. Karola Boromeusza (Karlskirche)

Gdy już nasyciliśmy swoje dusze widokiem drzew i krzewów gonieni przez nieuchronnie upływający czas ruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku centrum miasta. Naszym pierwszym przystankiem był Kościół św. Karola Boromeusza (Karlskirche). Bardzo ładna barokowa budowla była co prawda w trakcie remontu, ale stanowiło to dodatkową atrakcję, bo za kilka Euro mogliśmy wspiąć się po rozstawionym rusztowaniu pod samą kopułę i oglądać namalowane na niej freski z odległości kilkudziesięciu centymetrów. Oczywiście wystawiło to na próbę mój lęk wysokości, bo rusztowanie chwiało się przy każdym kroku, ale jednak dałem radę i nie żałuję.

Czas nas naglił, więc nie tracąc chwili ruszyliśmy dalej. Droga Kärntner Strasse prowadząca tuż obok monumentalnego budynku Opery zaprowadziła nas do gotyckiej Katedry św. Szczepana (Stephansdoms). Jej wnętrza bardzo przypominały Katedrę św. Wita w Pradze, ale już tak nie porażały ogromem świątyni centrum Czech. Może to dlatego, że do większości miejsc nie mieliśmy wstępu z racji na odbywające się właśnie nabożeństwo. Na pewno na plus zapisał się dźwięk bocznych organów, na których grano w trakcie mszy.

Centrum Wiednia to prawdziwe zagłębie kościołów, gdy tylko zdążyliśmy wyjść z jednego z nich za rogiem pojawiał się kolejny. W ten właśnie sposób z Katedry św. Szczepana trafiliśmy do barokowego kościoła św. Piotra (Peterskirche) z XVIII wieku. Co prawda po wizycie na szczycie Karlskirche nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, ale warto tam wstąpić. Zwłaszcza o odpowiedniej porze. Każdego dnia bowiem odbywają się tam darmowe koncerty organowe. Dla zainteresowanych dodam, że od poniedziałku do piątku o godzinie 15, a w weekendy o 20. My oczywiście nie trafiliśmy tam akurat o tej porze, więc nie pozostało nam nic innego jak iść dalej.

Minąwszy pałac Hofburg trafiliśmy pod kolejną świątynię. Tym razem był to kościół Minorytów (Minoritenkirche). Wśród wszystkich barokowych i gotyckich świątyń Minoritenkirche wreszcie wyróżniał się swoim swoim klasycyzującym stylem. Niestety z powodu remontu był zamknięty dla zwiedzających. Nie rozwodząc się nad tym zbytnio ruszyliśmy dalej, tam gdzie wszyscy otaczający nas ludzie, czyli pod Ratusz. Okazało się, że nie szli tam bez przyczyny, bo pod budynkiem Rady Miejskiej rozstawiony był wielki telebim, na którym wyświetlano koncert muzyki poważnej. Przed ekranem ustawiono kilkaset krzeseł i małe trybuny, a wszędzie wokół rozstawiono stragany z jedzeniem, piwem, czy winem z owocami. Właśnie ten ostatni nas zainteresował i to mimo przeraźliwie długiej kolejki. Co ciekawe okazało się, że sprzedawała w nim bardzo zapracowana Polka. Wyraźnie była zmęczona, bo dopiero po kilku zdaniach wypowiedzianych do niej w naszym języku zorientowała się, skąd przyjechaliśmy. Trudno zresztą żeby było inaczej, na mniej więcej trzech metrach kwadratowych pracowały cztery osoby, które bez przerwy się przepychały o każdą odrobinę wolnej przestrzeni. Nie wiem jak wygląda prawo pracy w Austrii, ale w Polsce nie można legalnie pracować w takich warunkach.

Gdy już skończyliśmy swoje wino było około północy, czyli najwyższy czas wracać na kemping. Minęliśmy jeszcze budynek Parlamentu w trakcie krótkiego spaceru do metra i już ruszyliśmy dalej. Po paru minutach byliśmy na przystanku autobusu, który miał nas dowieźć na miejsce. Miał, ale tego nie zrobił, bo od dwudziestu minut już nie jeździł. Wybraliśmy zatem taki, którego trasa najbardziej się pokrywała i ruszyliśmy w drogę. Po kilku problemach natury geograficznej udało się nam dotrzeć na miejsce, choć od razu mogę powiedzieć, że nie polecam korzystania z mapek okolicy umieszczonych na przystankach autobusowych. Kropki wskazujące miejsce położenia namalowane są nie tam, gdzie trzeba, a to dość ważne, zwłaszcza jeśli jest się przy węźle autostrady, gdzie wszystkie zjazdy wyglądają tak samo. Kręcenie się w kółko miało też jaśniejszą stronę, zużyło resztki naszych sił, więc mieliśmy mniejsze trudności z zaśnięciem w akompaniamencie mknących pociągów i samochodów. Kolejny dzień zaś to powrót na Zamek Devin i trasa do Budapesztu.

Zamek Devin

Zamek Devin

Po głośnej nocy dzień powitał nas słoneczną, ale na szczęście już nie tak upalną pogodą. Nie zastanawiając się wiele ruszyliśmy w drogę, bo jak zwykle mieliśmy ambitny grafik. Po około dwóch godzinach znów byliśmy pod bramą prowadzącą do wejścia na Zamek Devin. Tym razem była już otwarta. Na zwiedzających czekają nie tylko ruiny dawnego zamku, ale także kilka wystaw traktujących nie tylko o jego historii, ale też o sposobach prowadzenia prac archeologicznych. Można się zatem było dowiedzieć między innymi jaki jest sposób na ustalenie wieku ludzkiego szkieletu.

Gdy już zobaczyliśmy wszystkie baszty i korytarze znów ruszyliśmy w drogę by zmierzyć się ze stolicą Węgier – Budapesztem. Co nas tam spotkało? Dowiecie się w następnym wpisie.


Fatal error: Call to undefined function aizattos_related_posts() in /home/motoblog/domains/turystyczne-atrakcje.pl/public_html/wp-content/themes/mountview/single.php on line 15