Zakończyliśmy wizytę w Berlinie opisaną w jednym z wcześniejszych wpisów i ruszyliśmy w stronę Pragi. Gdyby nie fatalna pogoda zapewne jedną noc spędzilibyśmy w lasach Spreewald, ale w czasie deszczu nie byłoby to zbyt przyjemne. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy ruszyć bezpośrednio do Pragi.

Przejazd przez Niemcy nie jest wart dokładniejszego opisywania, gdyby nie korki, które tworzyły się raz na jakiś czas na autostradzie można by się zanudzić. Dużo ciekawsze były drogi w Czechach. Nie dość, że musieliśmy słono zapłacić za winietę (ponad 40 złotych za tydzień jazdy), to jeszcze autostrada straciła na jakości tuż po przekroczeniu granicy. Także i oznakowanie pozostawiało wiele do życzenia. Momentami nie wiedzieliśmy w którą stronę mamy jechać, mimo pomocy GPSa.

To właśnie pogoda i gorsze niż w Niemczech drogi (jak to się szybko człowiek przyzwyczaja) sprawiły, że do Pragi dotarliśmy dopiero po zmierzchu. Nocleg mieliśmy zapewniony u moich rodziców w samochodzie kempingowym (szczęśliwie byli wtedy w Pradze), więc postanowiliśmy zaparkować gdzieś w centrum i zjeść obiadokolację. Kolejne rozczarowanie, nigdzie nie udało nam się znaleźć miejsca, na którym można zaparkować. Wszędzie wolne luki oznaczone były napisem Riserve, czyli zarezerwowane tylko dla mieszkańców. Po trzydziestu minutach kręcenia się w kółko po Pradze pojechaliśmy na kemping, żeby tam zostawić samochód i ruszyć na miasto metrem.

Po kilku perypetiach udało się dojechać na przedmieścia Pragi gdzie usytuowany był Sunny Camp. Bardzo ładny camping, 500 metrów od metra linii B. Nocleg dla jednej osoby kosztuje mniej więcej 300 CZK (40 złotych), więc dość drogo. Na szczęście my nie płaciliśmy nic, bo przyjechaliśmy po zamknięciu i nie rozstawialiśmy namiotu.

Nie zastanawiając się długo ruszyliśmy na miasto celem zjedzenia kolacji. Linią B dojechaliśmy na stację Namesti Republiky, która znajduje się w bezpośrednim pobliżu Starego Miasta. Nieśmiało przyglądając się malowniczym uliczkom trafiliśmy do włoskiej knajpki w pobliżu kościoła Panny Marii przed Tynem. Co prawda wolałbym jedzenie typowo czeskie, ale patrząc na ceny mijanych przez nas restauracji nie było nas na nie stać. Jak w każdym z opisanych wcześniej miast zwracam uwagę na ciekawe szczegóły, które wyróżniają je spośród innych. Tym razem zainteresował mnie wystrój ogródka restauracji. No, może nie sam wystrój, co jeden dodatek, który niezwykle uprzyjemnił mi zimny wieczór. Było mokro i zimno, ale nie przeszkadzało nam to w jedzeniu, bo na każdym krześle restauracji leżał bardzo ciepły koc, którym można było się okryć podczas posiłku. Kolejny świetny pomysł, który należałoby sprowadzić do Polski. Może zresztą tak już u nas jest? Tego nie wiem, bo nieczęsto jadam w restauracjach na wolnym powietrzu. Wiem jednak, że w większości polskich pubów próżno szukać takich udogodnień.

Kościół Panny Marii przed Tynem i Pałac Goltz-Kinskych

Kościół Panny Marii przed Tynem i Pałac Goltz-Kinskych

Po skończeniu posiłku pochodziliśmy nieco po starówce i wróciliśmy na pole namiotowe. Oczywiście zrobiliśmy kilka zdjęć, jedno z nich widzisz z prawej strony. Przedstawia ono wspomniany wyżej kościół Panny Marii przed Tynem i pałac Goltz-Kinskych, w którym mieści się Galeria Narodowa. Kościół niestety był w trakcie remontu więc nie udało nam się go zwiedzić (jeśli nie liczyć zerknięcia przez przeszkloną klatkę do środka). Swoją drogą, bardzo ciekawe jest wejście do samego kościoła, bo by do niego wstąpić należy przejść przez kamienicę, która stoi przed nim. Więcej o tej części Pragi znajdziesz we wpisie poświęconym Rynkowi Staromiejskiemu.

Następny dzień zapamiętam jako najzimniejszy i najbardziej deszczowy w trakcie całego wyjazdu. Padało przez cały dzień. Pierwszym zatem naszym zakupem w mieście były parasolki, choć i tak zanim je kupiliśmy zdążyliśmy już przemoknąć do suchej nitki.

Zwiedzanie miasta w pełnym deszczu nie należy do wielkich przyjemności, więc praktycznie cały dzień spędziliśmy w różnego rodzaju pubach. Odwiedziliśmy między innymi restaurację/pub U Pinkasu, gdzie po raz pierwszy, w 1843 roku, podano piwo Pilsner Urquell. Gdyby nie to, byłaby to zwykła zbyt droga knajpa. Odwiedziliśmy też inny pub, który poleciła nam dziewczyna z informacji turystycznej. Tam wreszcie poczułem się lepiej, bo ceny piwa były wreszcie niskie, a oferowane jedzenie stricte czeskie. Zjadłem niemalże najtańsze danie z menu, czyli gotowane nogi wieprzowe. Mimo niskiej ceny smak pozytywnie mnie zaskoczył. Mięso było bardzo podobne do golonki, zarówno jeśli chodzi o smak, jak i konsystencję. Było też bardzo tłuste, co stanowiło duży plus przy zimnej i deszczowej pogodzie. Niestety nie jestem w stanie przytoczyć nazwy pubu, a przewodnik po Czechach który mam w domu nic o nim nie wspomina.

Gdy wyszliśmy z knajpy było już ciemno, a my mieliśmy w planie odwiedzenie klubu, więc poszliśmy zameldować się do Hostelu Jednota, który zarezerwowaliśmy w informacji turystycznej. Za łóżko w dormitorium zapłaciliśmy po 385 CZK, czyli około 50 złotych. To dość tanio, zwłaszcza, że hostel był bardzo blisko centrum, także i oferowany standard nie był najgorszy. Pokoje i łazienki były bardzo czyste, jedynie lodówki na korytarzach niezbyt przypadły mi do gustu.

Dormitorium charakteryzuje się tym, że śpią w nim też inni ludzie. Tym razem poznaliśmy pewnego Francuza, który uprawiał typową seks turystykę. Przyjechał do Pragi zostawiając we Francji swoją żonę i dziecko. Polecił nam też kilka klubów, do których warto pójść, ale my wybraliśmy akurat ten, którego nie rekomendował ze względu na olbrzymią ilość turystów. Była to jednak największa imprezownia w Pradze, więc nie mogliśmy jej sobie odpuścić. Klub stał w pobliżu Mostu Karola i faktycznie był wielki. Sześć pięter, na każdym z nich inny wystrój i muzyka, masa ludzi, kilkanaście miejsc w których można było kupić alkohol, czyli wszystko, czego mógłby chcieć spragniony zabawy turysta. Wieczór i noc minęła nam zatem pod znakiem pląsów w takt muzyki lat siedemdziesiątych (co prawda odwiedziłem tez pozostałe parkiety, ale to właśnie Disco 70 najbardziej przypadło mi do gustu). Do hostelu wróciliśmy więc w okolicach godziny piątej, może nawet szóstej.

Po całonocnej zabawie trzeba się dobrze wyspać, więc z pokoju nie wyszliśmy przed godziną czternastą. Nie żałowałem jednak straconego czasu, gdyż radością napawało mnie to, że wreszcie przestało padać. Pierwszym celem naszego zwiedzania były Prasky hrad, czyli Zamek Praski. Dojazd nie stanowił problemu, bo wystarczyło wsiąść do odpowiedniego metra i spytać policjantów którędy droga. W trakcie tego dnia jeszcze kilkakrotnie pytaliśmy się służb mundurowych o drogę i za każdym razem otrzymywaliśmy kompetentna odpowiedź (i to w języku angielskim). Policjantów można zatem spokojnie zaliczyć, obok taksówkarzy, do osób, które znają drogę. Dużo lepiej spytać któregoś z nich, niż sugerować się znakami, które wskazują trasę do zabytków. Nie wiem kto te znaki ustawiał, ale w większości przypadków nie prowadziły one wcale tam, gdzie powinny.

Większość czasu przeznaczonego na zwiedzanie Zamku spędziliśmy w Katedrze św. Wita. Przyznam, że zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie, pewnie dlatego że wręcz porażała swoimi monumentalnymi rozmiarami. Zupełnie nie zdziwiło mnie to, że budowa Katedry trwała niemalże siedemset sześćset lat (od 1344 do 1939 roku). Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem był bezpłatny wstęp do środka. Niestety na tym pozytywy się kończą, bo nie można było wchodzić na wieżę. Chcąc być bardziej precyzyjnym muszę dodać, że wstępu na nią nie mieli “zwykli turyści”, dla vipów była dostępna, bo widzieliśmy grupkę ludzi stąpających ponad naszymi głowami. Każdy widać musi znać swoje miejsce, a naszym był parter Katedry.

Wnętrze Katedry św. Wita

Wnętrze Katedry św. Wita

Kończąc marudzenie na temat nierówności społecznych muszę powiedzieć dlaczego Katedra zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie. Po pierwsze, zbudowana jest w moim ulubionym stylu, czyli gotyku. Wewnątrz znajduje się wieniec 22 kaplic z różnych epok (wszak w trakcie budowy zmieniały się style architektoniczne). Było zatem bardzo różnorodnie i monumentalnie. Także i bogactwo witraży niemalże powalało na kolana. Jeden z nich jest autorstwa Alfonsa Muchy, twórcy słynnego obrazu Krzyk. Niestety nie udało nam się go zlokalizować. Na zdjęciu obok jest taki mały przedsmak tego, czego można się spodziewać w środku. Mimo, że to tylko miniaturka i tak widać, jak wielka jest Katedra. Z przewodnika wiem, że ma 124 metry długości, 60 szerokości (mniej więcej takie wymiary ma boisko piłkarskie), a sklepienie jest na wysokości 33 metrów (odpowiednik dziesiątego piętra).

Gdy już opuściliśmy Katedrę ruszyliśmy w kierunku Belwederu i Ogrodów Królewskich. Urzekło mnie w nich to, że niemalże każde drzewo było dokładnie opisane nie tylko jeśli chodzi o gatunek, ale też to kiedy zostało posadzone. Poczułem się zatem zupełnie jak w parku w Powsinie.

Kolejnym punktem naszej podróży był barokowy Kościół św. Mikołaja stojący na Rynku Malej Strany (Malostranske namesti). Niestety, zbyt dużo czasu spędziliśmy na wzgórzu zamkowym, więc musieliśmy zadowolić się pocałowaniem klamki. Usiedliśmy zatem na schodkach prowadzących do wejścia, by zastanowić się co dalej. Doszliśmy do wniosku, że najwyższa pora coś zjeść więc ruszyliśmy ulicą Loretańską w poszukiwaniu przystępnej cenowo restauracji. Oczywiście jedynymi miejscami gdzie można było tanio zjeść były pizzerie i bary szybkiej obsługi. Szliśmy więc dalej aż do ulicy Dlabacov, na której stała przyjaźnie wyglądająca restauracja z typowo czeskimi daniami. Tym razem mój wybór padł na opiekane ziemniaki (brambory) z bekonem, serem i szpinakiem. Za około 20 złotych zjadłem przepyszny obiad popijając od czasu do czasu łykiem zimnego ciemnego piwa. Nie dziwne, że wyszliśmy stamtąd gdy dzień ustępował miejsce nocy.

Najwyższa zatem pora by odwiedzić kolejną atrakcję Pragi, czyli tańczący budynek Fred i Ginger, dzieło słynnego amerykańskiego architekta Franka Gehry (projektanta między innymi butelki eksportowej wersji Wyborowej). Niestety, strasznie się rozczarowałem widząc Tancini Dum. Było ciemno, a nikt nawet nie ustawił jednej lampy by oświetlić dom. Był to zatem kolejny ciemny, nieoświetlony budynek, tyle ze o nieco bardziej fikuśnym kształcie. Nie rozumiem zupełnie jak jedna z największych atrakcji Pragi może być w taki sposób potraktowana. Nawet nie zrobiliśmy zdjęcia, bo niby jak? Niepocieszeni ruszyliśmy wzdłuż Wełtawy w stronę Mostu Karola.

Katedra św. Wita

Katedra św. Wita

Minęliśmy monumentalny budynek Muzeum Narodowego (Narodni divadlo) i zaczęliśmy kolejną sesję wzgórza zamkowego, tym razem z drugiej strony Wełtawy. Po prawej najlepsze ze zdjęć. Wreszcie Czesi zrobili dobrą iluminację, nie to co w przypadku tańczącego domu. Niestety, Most Karola oświetlony był już co najwyżej przeciętnie, więc nie zrobił na nas wielkiego wrażenia. Nie do końca rozumiem, co w nim widzą te tysiące turystów, którzy każdego dnia robią sobie na jego tle zdjęcia. Chyba nie chodzi tylko o sam wiek mostu, ale jeśli nie o to, to o co?

Zrobiliśmy jeszcze małą rundkę po starówce i wróciliśmy do hostelu. Następnego dnia chcieliśmy jeszcze zobaczyć Cmentarz Żydowski i dzielnicę Josefov, a potem już tylko przez Bratysławę do Wiednia.

Kolejny dzień przywitał nas wspaniałą, słoneczną pogodą. Aż chciało się dłużej zostać w Pradze, ale niestety kolejne miejsca czekały już na nas. Nie tracąc więc czasu ruszyliśmy w stronę Josefova, dzielnicy żydowskiej, która świetnie przetrwała wojnę, gdyż Hitler na jej terenie chciał utworzyć Muzeum Wymarłej Rasy. Uliczki faktycznie były malownicze, a na każdym rogu mieścił się jubiler. Niestety, za wstęp na teren Cmentarza trzeba było zapłacić prawie 10 euro, bo łączyło się to ze zwiedzaniem całego kompleksu, czyli synagogi i muzeum żydowskiego. Nie było możliwości wykupienia biletu tylko na Cmentarz. W ten właśnie sposób NIE odwiedziliśmy drugiego Cmentarza Żydowskiego w trakcie naszej podróży.

Po tak niemiłej przygodzie skoczyliśmy tylko na szybkie drugie śniadanie do McDonalda i ruszyliśmy w stronę Bratysławy. Podsumowując pobyt w Pradze mogę powiedzieć, że absolutnie nie żałowałem tych trzech dni, które spędziliśmy w mieście. Oczywiście, wszędzie pełno jest turystów i trudno odetchnąć, ale czasem wystarczy tylko pójść nieco inną trasą, by móc w spokoju zatopić się w bardzo malownicze wąskie brukowane uliczki. Ludzie także są przyjaźni, choć mam wrażenie że już nie tak, jak ci w Berlinie. To pewnie jednak tylko subiektywne odczucie.


Fatal error: Call to undefined function aizattos_related_posts() in /home/motoblog/domains/turystyczne-atrakcje.pl/public_html/wp-content/themes/mountview/single.php on line 15