Po zakończeniu pobytu we Wrocławiu, który opisałem w poprzednim wpisie ruszyliśmy do Berlina. Droga była wręcz luksusowa, bo praktycznie przez cały czas jechaliśmy równiutką autostradą z płyt betonowych. Do Berlina dotarliśmy bez problemów, mimo że “Kasia” nie miała mapy Niemiec. Także i dojazd w pobliże naszego noclegu nie sprawił nam większych problemów, mimo, że kierowaliśmy się tylko znakami drogowymi.

Nocleg w Berlinie Marcin załatwił u swojej znajomej, która wyjechała do Niemiec na wymianę studencką Erasmusa. Mieliśmy zatem darmowy nocleg w akademiku niedaleko słynnej stacji Zoo (dzielnica Tiergarten). Na miejsce dojechaliśmy w okolicach dziewiętnastej. Pogadaliśmy trochę z Pauliną, starliśmy marchewkę na ciasto i ruszyliśmy na miasto.

Dwa przystanki S-bahnem (prawie jak metro, tyle, że porusza się nad ziemią, a nie pod) i jesteśmy w centrum. Pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy to masa młodych ludzi różnych narodowości i ras, większość pijąca piwo, bądź inny alkohol. Praktycznie na wszystkich schodkach, ławkach czy nawet trawnikach siedzieli ludzie wesoło ze sobą gaworzący. Bardzo to pozytywny krajobraz, zwłaszcza w porównaniu z tym, że w Warszawie pijący na ulicy kojarzy się z menelem, albo dresiarzem. Tu picie jest zupełnie legalne i chyba z tej właśnie przyczyny ludzie robią to kulturalnie. Oczywiście, zawsze zdarzy się debil, który o trzeciej w nocy zacznie krzyczeć, ale to zdarza się i w Polsce. Jeszcze jedno mnie zdziwiło – olbrzymia ilość ładnych dziewczyn. Bardzo szybko więc padł mit o tym, że Niemki są brzydkie… nawet jeśli część z tych Niemek to zagraniczne turystki.

Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche Kościół Pamięci

Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche Kościół Pamięci

To tyle tematem kobiet u naszych zachodnich sąsiadów. Gdy już przebiliśmy się przez tłumy tubylców zobaczyliśmy przed sobą Gedächtniskirche, czyli Kościół Pamięci nazywany przez berlińczyków “spróchniałym zębem”. Kościół został zbudowany ok. 1890 roku, a ruina pozostała po jego zburzeniu podczas drugiej wojny światowej stanowi monument pokoju i pojednania. Do zrujnowanego kościoła dobudowana jest nowsza część, w zupełnie innym stylu. Nie jestem ekspertem, ale moja estetyka była brutalnie gwałcona przez dobudowany fragment. Odnoszę wrażenie, że funkcję pomnika zdecydowanie lepiej pełniłby sam stary i zniszczony kościół.

W ścisłej okolicy kościoła znajduje się najbardziej znane centrum handlowe Berlina KaDeWe. Przyznam szczerze, że nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Ot, takie większe Domy Towarowe Centrum. Nijak ma się to do wspomnienia, jakim jest moja pierwsza i jedyna wizyta w Peweksie gdy byłem smarkaczem.

Jako, że byliśmy już dość zmęczeni to tylko wypiliśmy po parę piwek przed KaDeWe, zrobiliśmy sobie zdjęcia z pomalowanymi misiami (niedźwiedź to symbol Berlina) i wróciliśmy do akademika. Następnego dnia trzeba było zobaczyć całe miasto, więc musieliśmy mierzyć siły na zamiary.

Kolejny dzień stał pod znakiem pieszego zwiedzania miasta. Dlaczego pieszo? Bo oszczędzaliśmy na biletach, dzienni bilet komunikacji kosztował 8 Euro (ponad 25 złotych), a my woleliśmy te pieniądze przeznaczyć na jedzenie, czy choćby zwiedzanie. Okazało się, że nie był to plan na wyrost, gdyż większość ciekawych rzeczy udało nam się zobaczyć. Ale zacznijmy od początku.

Dosłownie chwilę po wyjściu z akademika byliśmy w parku Tiergarten, bardzo ładnie utrzymanego i z olbrzymią liczbą rowerzystów przemykających malowniczymi alejkami. Jeśli miałbym porównać park z warszawskimi terenami zielonymi najbliższy zdaje się być Park Łazienkowski, choć Tiergarten jest zdecydowanie większy i bardziej dziki. Pozytywnie zaskoczył mnie znak, który zauważyłem w owym parku. Wskazywał on strefę, w której można grillować. To świetny pomysł, wyjść wieczorem do parku, wziąć karkówkę, brykiety i parę piwek. Spotkać się ze znajomymi w miłej atmosferze. Nie trzeba wyjeżdżać na działkę pod miasto. Taka kolejna ciekawostka, która bardzo przypadła mi do gustu.

Wracając jednak do samego parku, to w niemalże samym jej środku stoi Kolumna Zwycięstwa (Siegessäule). Postawiona na cześć zwycięstwa Prus nad Danią. Niby jedna z największych atrakcji turystycznych Berlina, ale znów nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Wszak w Warszawie tez mamy kolumnę, tyle że Zygmunta. W każdym razie dużo bardziej podobają mi się dzieła architektoniczne, niż pomniki.

Idąc dalej w stronę Reichstagu minęliśmy Bramę Brandenburską i znów byłem nieco rozczarowany.

Reichstag

Reichstag

Rozumiem, że za jej turystycznym sukcesem stoi symbolika, ale ja głównie staram się cieszyć oko. Zdecydowanie większe wrażenie zrobił na mnie Reichstag, czyli budynek niemieckiego Bundestagu. Nie dziwię się tłumowi ludzi, którzy stali w kolejce, by wejść do środka. Też bym chętnie wszedł, gdyby nie to, że nie mieliśmy na to czasu. Może w przyszłym roku. Nacieszywszy oczy widokiem budynku zaczęliśmy się kierować wzdłuż Szprewy w stronę najbardziej znanej ulicy Berlina Unter den Linden, czyli Pod Lipami.

Od samej Unter den Linden dużo bardziej interesująca wydała nam się ulica Friedrichstrasse, która prowadziła nas na plac Gendarmenmarkt. Centralne miejsce placu zajmuje pomnik Fryderyka Schillera, który otoczony jest przez dwa bliźniacze kościoły i monumentalny budynek Opery. Oczywiście tak jak i przed Reichstagiem, czy Bramą Brandenburską masa ludzi, nie tylko turystów. Widać, że i berlińczycy często spędzają tu czas.

Z Gendarmenmarkt tylko dwa kroki na kolejny bardzo ładny plac Berlina, czyli Bebelplatz. Na samym jego środku znajduje się szklana tafla o wymiarach metr na metr, przez którą zajrzeć można do podziemnego pokoju z pustymi regałami. To kolejny z symboli, tym razem upamiętnia on wydarzenia z 1933 roku, kiedy to na Babelplatz miała miejsce akcja palenia książek zakazanych przez Nazistów. Wokół placu znów znajdują się bardzo miłe dla oka barokowe budynki: Stara Biblioteka i Katedra św. Hedwiga. Zaś po drugiej stronie ulicy Unter den Linden, przy której znajduje się plac, dumnie stoi gmach Uniwersytetu Humboldta.

Berliner Dom, Katedra Berlińska

Berliner Dom Katedra Berlińska

Nacieszywszy oczy widokami przeszliśmy wzdłuż Unter den Linden w stronę Wyspy Muzeów. Nawet nie spodziewaliśmy się, że to tak blisko. Nie minęło pięć minut, a już siedzieliśmy na trawniku przed Katedrą Berlińską (Berliner Dom). Muszę przyznać, że jej wygląd zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale nie tylko dlatego mógłbym siedzieć na trawie przez kilka godzin. Drugim powodem było to, że zewsząd otaczali mnie pozytywnie nastawieni do świata ludzie. Samo ich obserwowanie sprawiało mi niemałą frajdę.

Po lewej stronie od Katedry jest berlińskie Muzeum Sztuki Egipskiej, jedno z wielu na Wyspie Muzeów. Właśnie tu popełniliśmy największy z błędów podczas pobytu w Berlinie. Nie wynikł on jednak z naszej złej woli, lecz niedoinformowania. Nie mieliśmy pojęcia, że w każdy czwartek wstęp do wszystkich muzeów na Wyspie jest darmowy. W ten sposób zyskaliśmy kilka godzin tracąc możliwość obejrzenia wielu ciekawych wystaw. Czy bilans wyszedł na zero? Będę mógł to stwierdzić dopiero, gdy zobaczę muzea od środka.

Gdy już podnieśliśmy się z trawnika ruszyliśmy dalej ulicą Unter den Linden w stronę Wieży Telewizyjnej. Nie chcieliśmy na nią wjeżdżać, bo kosztuje to kilkanaście Euro. Mieliśmy dużo tańszy plan zobaczenia panoramy Berlina, ale na jego realizację niestety nie starczyło już czasu. Pod Wieżą zjedliśmy kebaba i cieszyliśmy się widokiem Tyskiego oraz Lecha w lodówce z piwami. Jak się później przekonaliśmy nie był to żaden ewenement. Do kebaba kupiliśmy najmodniejszy obecnie napój w Niemczech, czyli Bionade. W smaku przypomina starą dobrą oranżadę, ale bez gazu. Podobno to zupełnie naturalny napój bez udziału konserwantów czy innych tego rodzaju wynalazków. Patrząc na to z boku powiem, że Bionade jest dobre, ale sukces tkwi chyba w marketingu, a nie w smaku.

Po zakończeniu posiłku ruszyliśmy w stronę Alexanderplatz, gdzie wśród kilku centrów handlowych przycupnęliśmy na brzegu fontanny. Tu również z każdej strony otaczali nas ludzie. Zrobiliśmy krótką sesję zdjęciową (jakieś dwie godziny) i zaczęliśmy kierować się w stronę Centrum Sony. Mijaliśmy po drodze wiele bardzo ładnych budynków, których nazw nie jestem w stanie przytoczyć.

Bardzo dobre wrażenie zrobiło na nas otoczenie rzeki, przez którą w międzyczasie przechodziliśmy. Cała rzeka była uregulowana, a tuż nad brzegami tętniło życie. Wszędzie były knajpki, parasole, stoliki i oczywiście wesoła gawiedź ludzka. Gdyby nasze portfele były grubsze z pewnością zatrzymalibyśmy się na piwko oglądając zachód słońca… no właśnie, jakoś w międzyczasie zaczęła się już noc.

Budynek przy Leipziger Strasse

Budynek przy Leipziger Strasse

Pokonanie trasy do Centrum Sony zajęło nam około dwóch godzin, ale to dlatego, że często zatrzymywaliśmy się, a to by kupić piwo, czy wino dla Pauliny, a to by zrobić kolejne zdjęcia. Część z nich nawet fajnie wyszła, obok mała próbka. Niestety nie wiem co przedstawia, ale wiem że znajduje się na rogu Leipziger Strasse i Mauerstrasse. Stamtąd już tylko wystarczyło przejść przez Postdammerplatz i już przed nami pojawiało się Centrum Sony, a przed nim trzy kawałki Muru Berlińskiego.

Samo Centrum Sony robi oczywiście wrażenie, zarówno jeśli chodzi o architekturę, jak i klimat. W samym środku placu wewnątrz Centrum znajduje się kolejna fontanna, a wokół niej wiele miejsc do siedzenia. Wszędzie oczywiście wiele ludzi sączących piwo i rozmawiających w różnych językach. Dostosowaliśmy się do otoczenia i przez dobre dwie godziny sączyliśmy piwko. Pewnie siedzielibyśmy tam dalej, gdyby nie to, że nasze gołe łydki i ramiona zaczął smagać zimny wiatr. Mając w perspektywie jeszcze spacer do akademika niedługo po północy zebraliśmy się do powrotu.

Po powrocie zaś czekała nas miła niespodzianka w postaci butelki wódki i trójki przybyszów z Polski, którzy podobnie jak my przyjechali pozwiedzać Berlin. Do wódki dorzuciliśmy wino i zagłębiliśmy się w rozmowach. Tu kolejny raz okazało się, że świat jest mały, gdyż jak się okazało jedna z przybyłych dziewczyn ma z nami wspólnych znajomych, a niegdyś zdawała do mojego liceum… nawet do mojej klasy. Po takiej imprezie bardzo dobrze się spało, a następnego dnia czekała nas podróż do Pragi… albo do lasu Spreewald. Ale o tym dopiero w następnym wpisie.

Podsumowując pobyt w Belinie muszę powiedzieć, że bardzo miło się zdziwiłem. Większość mitów, które dotyczyły Niemców pałdo. Z pewnością kiedyś tam wrócę, jeśli nie po to, by zobaczyć to, czego nie zdążyłem tym razem, to po to, by znów napić się piwa w centrum miasta nie rozglądając się nerwowo za patrolem policji. Berlin będzie dobrym miejscem w drodze na południe Niemiec. Co mnie tam przywiedzie? O tym we wpisie o Budapeszcie… czyli wedle planu podróży dopiero za tydzień.