Po długich przygotowaniach i planowaniu opisanym we wcześniejszym poście wyruszyliśmy w drogę. Z domu wyruszyłem około godziny 7 rano, by w centrum odebrać od brata odbiornik GPS i telefon. Na ósmą byłem umówiony z Marcinem, żeby załatwić ubezpieczenie w NFZ i wyruszyć w drogę. Oczywiście naszym zwyczajem, co później wielokrotnie się powtórzyło, zmieniliśmy zdanie i zamiast ubezpieczenia w NFZ wybraliśmy międzynarodową kartę studencką ISIC. Rzecz w tym, że biura wyrabiające kartę były zamknięte do 10, a jak już zostały otwarte okazało się, że system ISIC padł i nie wiadomo kiedy wstanie. Doszliśmy więc do wniosku, że nie ma co tracić więcej czasu, a kartę wyrobimy sobie we Wrocławiu.

Ruszyliśmy więc w drogę do Wrocławia trasą przez Bełchatów. Gdyby nie niemiłosierny gorąc mógłbym powiedzieć, że przyjemnie się jechało… no i jeszcze te straszne korki w samym mieście. Półtorej godziny zajęło nam przejechanie około 3-4 kilometrów w drodze do wcześniej upatrzonego noclegu. Z nudów Marcin zrobił kilkadziesiąt zdjęć, niestety w większości przedstawiały te same budynki. Tempo mieliśmy tak słabe, że krajobraz praktycznie się nie zmieniał.

W okolicy 18 jednak udało nam się dotrzeć do celu, czyli na ulicę Trzemeską 4, do domu studenckiego Trio. Noc w pokoju dwuosobowym z umywalką i lodówką kosztowała 35 złotych za osobę. Co prawda planowaliśmy płacić nieco mniej, ale za to warunki były na wysokim, jak na dom studencki, poziomie. Zarówno pokoje, jak i łazienki były bardzo czyste, na odległość od centrum także nie można było narzekać.

Krótki pobyt w pokoju, wypicie piwka i wyjście na miasto celem odwiedzenia klubu Liverpool. Zgodnie z informacjami znalezionymi w sieci miała tam być impreza w klimacie lat 70., które bardzo z Marcinem lubimy. Niestety, po dotarciu na miejsce okazało się, że klub w wakacje jest zamknięty. Ruszyliśmy więc okrężną drogą (bo nie znaliśmy żadnej innej) w stronę rynku Starego Miasta.

Kościół św. Marcina

Kościół św. Marcina

Na miejscu przekonaliśmy się, jak mały jest świat. Na rynku poznaliśmy dwie dziewczyny, jak się okazało z Warszawy… a do tego jedna z nich jest niemalże sąsiadką Marcina. Trochę pogadaliśmy i umówiliśmy się na wspólne zwiedzanie Wrocławia następnego dnia… z którego i tak nic nie wyszło.

Plan zwiedzania kolejnego dnia był bardzo ambitny. Ostrów Tumski, Panorama Racławicka, kilka kościołów, Dworzec Główny, Hala Stulecia, Park Szczytnicki z Ogrodem Japońskim i Stary Cmentarz Żydowski. Naiwnie wierzyliśmy, że uda się zobaczyć wszystko jednego dnia.

Zaopatrzeni w bilety dzienne (nie mylić z dobowymi) za 4 złote ruszyliśmy najpierw w stronę Panoramy Racławickiej. Wysiedliśmy pod Galerią Dominikańską, obok której stał kościół św. Macieja. Stamtąd odwiedzając po drodze Muzeum Architektury poszliśmy do Panoramy Racławickiej. Oczywiście na najbliższy wstęp nie było już biletów (notabene niezwykle drogich), więc wzięliśmy seans dużo późniejszy, by mieć półtorej godziny na odwiedzenie Ostrowa Tumskiego.

Od Panoramy Racławickiej to dosłownie 10 minut piechotą, więc nawet nie myśleliśmy o wsiadaniu do tramwaju. Zwiedzanie Ostrowa ograniczyliśmy praktycznie do Archikatedry św. Jana Chrzciciela i panoramy, która roztacza się z jednej z jej wież. Wjazd na szczyt kosztował około pięciu złotych, a bilet opatrzony był napisem “darowizna”. No cóż, nie będę tego komentował. Znacznie ważniejsze, że widok na miasto był wart zobaczenia.

Archikatedra św. Jana Chrzciciela

Archikatedra św. Jana Chrzciciela

Po Ostrowie znów wróciliśmy pod wejście do Panoramy, poczekaliśmy dosłownie 5 minut i weszliśmy do środka. Widok Panoramy nie wywarł na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia, gdyż pamiętałem go z wycieczki do Wrocławia sprzed lat. Jest to jednak niewątpliwie pozycja obowiązkowa dla zwiedzających miasto, nawet mimo okropnie drogich biletów.

Następnym celem na naszej drodze była Hala Stulecia. Oczywiście i w tym przypadku poszliśmy okrężną drogą, gdyż w międzyczasie głód zaczął nam doskwierać. Odwiedziliśmy zatem Sphinxa w jednej z galerii handlowych i ruszyliśmy w dalszą drogę. Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na mnie przystanek autobusowo-tramwajowy, zarówno jeśli chodzi o rozplanowanie, jak i rozwiązania techniczne (zboczenie zawodowe, studiuje Transport na Politechnice).

Hala Stulecia okazała się pierwszym zamkniętym obiektem na trasie naszej podróży. Później wielokrotnie jeszcze nam się zdarzało, że w dane miejsce przybywaliśmy po godzinach zwiedzania. Zobaczyliśmy ją zatem jedynie z zewnątrz i usiedliśmy w pobliskim pubie pijąc piwko. W międzyczasie od wczoraj poznanych dziewczyn dowiedzieliśmy się gdzie jest ów Ogród Japoński. Okazało się, że to dosłownie dwa kroki od miejsca, w którym byliśmy.

To, że odległość jest bliska nie znaczy, że dotarliśmy tam szybko. Zajęło nam to dobrą godzinę, bo w międzyczasie zrobiliśmy kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt zdjęć. Większość oczywiście nie nadawała się do niczego. W ten właśnie sposób drugi raz z rzędu pocałowaliśmy klamkę. Tym razem spóźniliśmy się jedynie 15 minut. Ogród otwarty był do godziny 19.

Zbliżał się już wieczór, więc postanowiliśmy spędzić go podobnie jak poprzedni, na Starym Mieście. Zrobiliśmy kilkadziesiąt zdjęć fontanny, spotkaliśmy się z poznanymi w dniu wczorajszym dziewczynami i poszliśmy do hostelu. Z zaplanowanych atrakcji nie udało nam się dotrzeć na Stary Cmentarz Żydowski i Dworzec Główny. O ile ten pierwszy przełożyliśmy na następny dzień, o tyle Dworzec zupełnie odpuściliśmy.

Środa to dzień, w którym czekała nas droga do Berlina, zatem nie mieliśmy wiele czasu na zwiedzanie Wrocławia. Postanowiliśmy wyjeżdżając odwiedzić tylko Cmentarz Żydowski. Niestety, nijak nie był on po drodze, więc dwukrotnie musieliśmy przejechać przez Wrocław i stać w korkach. Gdy zaś dotarliśmy na miejsce okazało się, że Cmentarz otwarty był tylko przez godzinę kilka razy dziennie. My akurat trafiliśmy na taki moment, że ponad 60 minut musielibyśmy czekać na otwarcie. Mając w perspektywie trasę do Berlina odpuściliśmy Cmentarz i ruszyliśmy w drogę. Trzeba będzie do Wrocławia jeszcze wrócić.

Podsumowując cały pobyt na tle reszty wyjazdu mogę powiedzieć, że był to jeden z jaśniejszych punktów wyjazdu, zarówno jeśli chodzi o ilość zabytków, atmosferę oraz ceny. Z całą pewnością warto odwiedzić to miasto, nawet jeśli ma się tylko kilka dni. W następnym wpisie zaś będę dzielił się z Wami swoimi przeżyciami z Berlina.


Fatal error: Call to undefined function aizattos_related_posts() in /home/motoblog/domains/turystyczne-atrakcje.pl/public_html/wp-content/themes/mountview/single.php on line 15