Euro trip – część I – przygotowania
Jako, że jestem właścicielem dziesięcioletniego Daewoo Tico stwierdziliśmy, że to właśnie on stanowić będzie nasz środek komunikacji. Nie było to wyjście idealne, bo na przemieszczanie się z punktu do punktu tracić będziemy zarówno czas, jak i siły. Musieliśmy zatem radykalnie skrócić naszą trasę wyjazdu, zachowując jednak charakter wyjazdu objazdowego, w którym zaledwie dwa-trzy dni spędzać będziemy w jednym mieście. Po wielu mniej, lub bardziej zażartych dyskusjach stwierdziliśmy, że pojedziemy następującą trasą: Warszawa – Wrocław – Berlin – Praga – Bratysława – Wiedeń – Budapeszt – Kraków – Warszawa. Łącznie w około 2500 km, co przy spalaniu 5 l/100 km powinno nas kosztować około 300 złotych na osobę, czyli znacznie taniej niż bilet InterRail.
Nietrudno wyliczyć, ze przystanków na tej trasie jest siedem, więc przy dwutygodniowym wyjeździe mieliśmy po dwa dni na każde z miast (nie biorąc pod uwagę dni potrzebnych na dojazd). Powinno nam to wystarczyć na zwiedzenie podstawowych zabytków, a w przypadku Wiednia czy Bratysławy (ze względu na bliską ich odległość) także odwiedzenie klubu. Tak wyglądała teoria, w praktyce oczywiście wyszło inaczej, ale o tym w kolejnych wpisach.
Warto, bym kilka słów powiedział o samochodzie. Jak wygląda Daewoo Tico każdy wie, wielu też zna dowcipy o tym samochodzie. Moja czerwona (kobieta by powiedziała burgundowa) rakieta jak już wspomniałem liczy sobie dziesięć lat i ma, jak na ten rocznik, bardzo niski przebieg: 54 000 km. Stan oceniłbym na zadowalający – w wielu miejscach widoczne są wykwity rdzy, praktycznie każdy skrawek samochodu jest poobijany, w większości są to przytarcia i obicia powstałe dzięki “uprzejmości” kierowców samochodów stających obok na parkingu przed moim domem. To tyle jeśli chodzi o stan zewnętrzny, technicznie sprawa wyglądała zdecydowanie lepiej, gdyż samochód był świeżo po remoncie zawieszenia i hamulców (koszt: 550 zł). Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to przeciekający bak paliwa. Tico jest samochodem bardzo małym, więc po zapakowaniu wszystkich bagaży mieliśmy zarówno pełny bagażnik, jak i zajętą całą tylną kanapę. Mogliśmy zatem tylko pomarzyć o podwiezieniu jakiegoś autostopowicza.
Skoro już jesteśmy przy bagażach napiszę jakie rzeczy ze sobą wzięliśmy. Przed wyruszeniem w drogę kwestią otwartą było to, w jakich warunkach będziemy spać. Na pewno odpadały hotele, ale zarówno hostele, jak i campingi były jak najbardziej w naszym zasięgu finansowym. Chcieliśmy być przygotowani na każdą ewentualność, więc wzięliśmy ze sobą pełny ekwipunek począwszy od namiotu, przez karimaty i śpiwory aż do kuchenki gazowej i podróżnego zestawu garnków. Do tego oczywiście ubrania, mapy, przewodniki (niestety w większości nieaktualne), telefony, aparat fotograficzny, laptop i najważniejsza chyba rzecz – odbiornik GPS (nazwany pieszczotliwie Kasią, ze względu na imię lektorki). Oczywiście GPS miał mapy tylko Europy centralnej i wschodniej (brak Niemiec, w Austrii tylko autostrady), ale wierzyliśmy w oznakowanie Starej Unii.
Mamy środek komunikacji, mamy bagaże, mamy plan podróży, wydaje się że mamy wszystko co potrzeba. Ruszamy rano w poniedziałek 11. sierpnia.
Więcej w części drugiej.
Fatal error: Call to undefined function aizattos_related_posts() in /home/motoblog/domains/turystyczne-atrakcje.pl/public_html/wp-content/themes/mountview/single.php on line 15

